Prasa o “Pałacu”

 

Pierwszą reakcją po zakończeniu projekcji „Pałacu” było dla mnie westchnienie ulgi. Tomasz Wolski spełnił nadzieje pokładane w najambitniejszym projekcie w dotychczasowej karierze. W konfrontacji z monumentalnym Pałacem Kultury i Nauki z sukcesem ocalił intymną perspektywę. W specyficznej kompozycji swojego filmu zawarł wręcz coś w rodzaju artystycznego credo. „Pałac”  nieprzypadkowo rozpoczyna się kilkuminutową sekwencją archiwalnych materiałów dokumentujących powstawanie budynku. Z dzisiejszej perspektywy przygniecione patosem socrealistyczne tyrady wzbudzają wyłącznie śmiech. Wolski daje tym samym jasny sygnał, że nie interesuje go monumentalny fresk o przeszłości Pałacu. Zamiast tego reżyser zagląda z kamerą do pozornie nieatrakcyjnych zakamarków budynku i opowiada o nim przez pryzmat kilkunastu szeregowych pracowników. Zanurzony w codzienności, podszyty dyskretną empatią i nieinwazyjnym humorem dokument Wolskiego dzieli w ten sposób zalety większości filmów reżysera. Tak jak „Złota rybka” czy „Szczęściarze” staje się kolejną opowieścią o jednostkach, które są zdolne, by odcisnąć piętno na bezbarwnej, publicznej przestrzeni. Różnica polega jedynie na tym, że rozciągnięty do rozmiaru pełnego metrażu „Pałac” przewyższa tamte dokumenty pod względem nakładu włożonej pracy i stopnia narracyjnego skomplikowania. Dzięki temu nareszcie doczekaliśmy się filmu na miarę ogromnego talentu Wolskiego. PIOTR CZERKAWSKI blog PLANETE+

 

„Pałac” Tomasza Wolskiego, uznanego już polskiego dokumentalisty, obrazujący jeden dzień z życia Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, odzwierciedla inny stosunek do świata i ludzi. Wymowny początek w postaci kroniki filmowej z budowy PKiN i zawartych w niej szumnych zapowiedzi o wartości nowopowstającego budynku tworzy zaskakujący kontrast ze współczesną dyskusją na temat tego, czy powinno się wyburzyć „pomnik Stalina”. Wolski sprzeciwia się umniejszaniu roli, jaką odgrywa dzisiaj PKiN, ale również nie gloryfikuje. Pokazuje przede wszystkim ludzi – pałac traktowany jest jako nisza i azyl, mikrokosmos, który, owszem, żyje swoim rytmem, ale sprzyja wszelkiej maści outsiderom. Jury przyznało Wolskiemu jedną z nagród, Cannon Cinematography Award, za „konsekwentną i surową formę wizualną opowieści o trwaniu i degradacji symboli”. Symbol potęgi komunizmu po prostu zmienił swoje znaczenie. Ale trwa i jest to trwanie poruszające. MICHAŁ SZYDŁO e.CzasKultury

 

Światowa premiera „Pałacu” była jednym z najważniejszych wydarzeń zorganizowanej po raz pierwszy, wrocławskiej części Planete + Doc Film Festival. Potrzebny był dystans, który dzieli dawne kino Warszawa, dzisiejsze nowoczesne Dolnośląskie Centrum Filmowe, od Kinoteki, będącej częścią Pałacu Kultury i Nauki, a co za tym idzie jedną ze scenerii filmu. Z tego dystansu lepiej widać, jak bardzo poszczególne miejsca i zdarzenia sfilmowane przez Tomasza Wolskiego pasują nie tylko do samego budynku, ale i do całego kraju, którego jest Pałac kontrowersyjnym symbolem. Wolski pomija dyskusję na temat zburzenia Pałacu. W rozmowie nazywa ją absurdalną, w filmie za cały komentarz musi wystarczyć tabliczka, jaką wywiesili sobie nad biurem złośliwi ochroniarze. To szyld Ministerstwa Spraw Zagranicznych, którego obecny szef był orędownikiem zlikwidowania Pałacu Kultury i Nauki. Być może seans filmu Tomasza Wolskiego pozwoli zwolennikom symbolicznego gestu, wymierzonego w stalinowską przeszłość, zrozumieć jak bardzo idiotyczny jest ich postulat, że można go zrównać jedynie do nieszczerych fraz na temat przyjaźni polsko-radzieckiej, które zarejestrowała kamera podczas prób do występu Chóru Aleksandrowa. Poza wyborami, sesją Rady Miasta i  treningiem dzieci na basenie to właściwie jedyne wydarzenia, które podpatruje Wolski. Nie interesuje go historia Pałacu, nadzwyczajne spektakle, znane wszystkim widoki. W filmie pokazuje codzienność – samego budynku, jak i jego pracowników. Jak zwykle wie gdzie postawić kamerę, chociaż zdaje się, że dla obserwowanych jest ona niewidoczna. Efektem są hipnotyczne ujęcia – podobnie, jak w przypadku nagrodzonych Złotą Żabą „Lekarzy”, nie można się oderwać od tak zarejestrowanej rzeczywistości, zmontowanej z poczuciem humoru i uśmiechem, ciepłem wobec bohaterów i najbardziej zwyczajnych chwil. Wiele z postaci, które pojawiają się w kadrach, mogłoby stać się punktem wyjścia do kolejnego filmu. Od ochroniarzy, przed których monitoringiem nie ukryje się nic, przez prowadzących wychowawcze treningi instruktorów z pływalni po szefa dyspozytorni, otoczonego scenografią jak z powieści Verne’a. IAN PELCZAR Radio Wrocław